Wycieczka na Halę Boraczą (fotoreportaż)

Niedziela, 4 czerwca 2017 r. Członkowie Krzeszowickiego Klubu podróżnika przed godziną 7:00 zbierają się na Placu F. Kulczyckiego. Zapowiada się piękny dzień. Tym razem jedziemy w Beskid Żywiecki, w kierunku Ujsołów, skąd pójdziemy na Halę Boraczą.

 

W trasę wyruszamy przed 10:00. Humory dopisują jak zwykle, chociaż pierwsze podejście jest nie najłatwiejsze, cały czas pod górę. Ale przepiękne widoki wynagradzają trud.

Idziemy przez ukwiecone łąki, pełne rumianków, firletek i trójbarwnych fiołków, a mocne słońce wydobywa z ziół odurzający aromat. Potem trasa wiedzie przez las. Tam trochę gimnastyki – trzeba nisko schylić grzbiet, żeby przejść pod zwalonymi kłodami drzew. Szkoda ich. Jeszcze niedawno stały wysokie i potężne, a musiały ulec górskim nawałnicom.

Na trasie robimy postoje. Trzeba wyrównać oddech, no i rozejrzeć się dookoła. Krystaliczne powietrze pozwala dojrzeć kolejne, dalekie pasma gór.

Dochodzimy do Hali Redykalnej. Stąd już tylko 45 minut do Hali Boraczej. Czarnym szlakiem, szeroką leśną drogą idziemy do schroniska. Mijamy górskie łąki, a trawy falują w lekkim wietrze.Cel naszej wyprawy: Hala Boracza – hala pasterska, położona w Beskidzie Żywieckim w grupie Lipowego Wierchu i Romanki, na przełęczy o wysokości 860 m. pomiędzy szczytem Prusowa (1010 m.) a wierzchołkiem 998 m. na północno- zachodnim grzbiecie radykalnego wierchu. Nazwa pochodzi najprawdopodobniej od nazwiska właściciela, w okolicy występuje bowiem nazwisko Borak. Na tej hali znajduje się piękne, gościnne schronisko PTTK wybudowane w 1928 r. przez żydowską organizację sportową „Makkabi”. Odbudowane po pożarze w 1932 r. po wojnie w 1946 r. znowu udostępniono je turystom. A dzięki środkom unijnym, łąki na hali znowu zostały objęte wypasem owiec. Nasi wszędobylscy turyści wypatrzyli nieopodal bacówkę i kupili świeże, pyszne, pachnące dymem oscypki.

Po odpoczynku i zregenerowaniu sił ruszyliśmy w dalszą trasę. Teraz było łatwiej, bo cały czas z górki. Droga do Rajczy zajęła nam około dwóch godzin. Tam czekał na nas autobus. A właściwe pan kierowca Bogdan. I jeszcze pasażer na gapę. Koniecznie chciał się z nami zabrać taki kudłaty na czterech łapach. Nawet miejscówkę sobie wynalazł w bagażniku, między kijkami turystów. O 17:00 zgodnie z planem ruszyliśmy z powrotem. Ponieważ w autobusie dach nie przecieka, to nic sobie nie robiliśmy z tego, że na zewnątrz rozpętała się burza, lał deszcz, a pioruny waliły gdzie popadnie.

Warto było spędzić ten słoneczny dzień w pięknym Beskidzie Żywieckim i oczywiście w doskonałym towarzystwie.

 

Teresa Rokicka

 

 

 

Zobacz Fotoreportaż