W ten szczególny czas

Czas Bożego Narodzenia uświadamia mi wartość życia rodzinnego i piękno bycia razem, choć na chwilę, na parę dni. Potem wrócimy do swoich zajęć, ale te trzy dni dadzą nam siłę na nadchodzący rok. Niechby unikalne piękno tych Świąt trwało jak najdłużej, i ta atmosfera, która ciśnie łzy szczęścia do oczu. Dla tych kilku dni jestem w stanie podjąć się wysiłku, o którym w żadnym innym przypadku nie ma mowy.

 


Przygotowania wymagają czasu, więc najpierw porządki i wystrój domu. Jest okazja, aby zrobić wreszcie to, co odkładało się na zaś. Tak jak babki i mama zaglądam w zapomniane kąty, wymiatam kurze, układam, przecieram, szlifuję, prasuję, itd. Gdy dom jest mniej więcej ogarnięty, taki przyjemniejszy i zaczyna pojawiać się ten cudowny klimat, chce się zrobić jeszcze więcej, aby w tym roku Święta były piękniejsze niż zeszłoroczne. Przystępuję do planowania potraw wigilijnych i dań świątecznych. Muszę ustalić menu, nie wiem po co, ponieważ od lat są tradycyjnie takie same potrawy i ciasta, bez których czegoś by nam brakowało. Niektórych potraw nie gotuję w ciągu roku, ponieważ są zarezerwowane wyłącznie na wigilię, to takie nasze domowe sacrum. Potem według tego menu powstaje lista potrzebnych produktów. Wcześniej oczywiście przegląd spiżarni i zapasów, aby dokupić tylko to, czego brakuje. Handlowcy kuszą niezliczoną ilością towarów i trzeba mieć nieprawdopodobną odporność, aby nie paść ofiarą ich sztuczek. Dla wielu z nich jest to okres tzw. żniw, czyli koszenia moich pieniędzy, a dla mnie może zwiastować ruinę finansową, jeśli poddam się komercyjnemu żywiołowi. Ale nie musi tak być, wystarczy się głębiej zastanowić nad istotą tego czasu. Czy ulegnę komercji czy tradycji opartej na religii. A religia daje nam przekaz, że Niebo, które utraciliśmy, bo Ewa nie potrafiła zapanować nad pokusą, na nowo otwiera się dla nas dzięki narodzinom Dzieciątka Jezus. Budzi się nadzieja, uczucie radości, przyjaźni, współczucia i wdzięczności. Podłożem klimatu tych Świąt jest filozofia miłości i miłosierdzia. Przez wieki nasi przodkowie kierując się tym przesłaniem wytworzyli niepowtarzalną atmosferę , inną od wszystkich pozostałych świąt i obrzędów. Ich kreatywność w tworzeniu oprawy Bożego Narodzenia była wyjątkowa, przepełniona symbolami, zwyczajami, unikatowa w skali światowej. Jeśli odbierze się świętom czynniki religijne, staną się one takim rodzinnym festynem albo zabawą karnawałową, gdzie raczej się gra i bawi niż rzeczywiście przeżywa. Nie ma laickiego Bożego Narodzenia, jak to niektórzy próbują forsować. W Polsce są to jeszcze na szczęście Święta bardzo religijne, do tego stopnia, że niektórzy dziwią się, że „co przyjdą do kościoła to Pasterka”.


Boże Narodzenie chrześcijanie nałożyli na pradawne godne święta. Gody to inaczej wesele, wesołe święto dobrego początku, gdy wszystko budzi się na nowo do życia. Dwudziesty piąty dzień grudnia jest dniem przesilenia zimowego, kiedy słońce, a z nim i dzień zaczyna górować nad nocą. Dnia będzie przybywać, a wraz z nim nadziei na nowy, dobry rok. Wigilia to czas oczekiwania, moment graniczny, szczelina w czasie, przez którą mieszają się światy, realny z duchowym, pozaziemskim. Dusze zmarłych wracają do domów, stąd tyle różnorodnych zachowań aby ich nie urazić, nie zrobić im krzywdy np. nie wolno gwałtownie usiąść na krześle. Należało zostawić im miejsce przy stole, troszkę jedzenia. Potem to miejsce tradycja chrześcijańska kazała trzymać dla niespodziewanego gościa. Zresztą wigilia Bożego Narodzenia od samego rana była przemieniona na dzień przepowiadający cały przyszły rok. I tak, dobrze było aby pierwszy przekroczył próg mężczyzna, dziewczęta i chłopcy wróżyli sobie przyszłość w miłości, gospodarz zaklinał urodzaj w sadzie, polu i oborze. Kuriozum osiągnięć wróżebnych stanowiły śmieci z pozamiatanej izby, które koniecznie trzeba było rzucić, najlepiej sąsiadowi pod próg, aby wraz z nimi pozbyć się pcheł i wszystkich insektów z domu. Wiele wróżb traktowano bardzo poważnie, ale niektóre raczej z przymrużeniem oka, bardziej dla hecy. Nowy rok był wielką niewiadomą, więc trzeba było strach przed nieznanym złagodzić, oswoić, zaklepać w dobrą stronę. Do dzisiaj pozostały zwyczaje, których pieczołowicie się przestrzega, no bo każdy wie od dziecka, że jaka wigilia, taki cały rok. Z połączenia wierzeń powstały w Polsce święta, którymi zaczyna zachwycać się coraz więcej obcokrajowców, a ja jestem przeszczęśliwa, że mogę je w tradycyjny dla nas sposób spędzać z rodziną. W Europie to my, Polacy, najpiękniej je celebrujemy, rozkładając przygotowania do nich na wiele dni. Wiadomo, że trzeba zrobić porządki i przygotować dekoracje, których najważniejszym punktem jest drzewko, obecnie choinka. Kiedyś, dawno temu, był to sadek, zwany też podłaźniczką, pozostałość pradawnego kultu drzewa. Drzewo miało życiodajną moc i niezwykłe właściwości. Szacunkiem otaczano wszystkie drzewa. Dla potrzeb oprawy świątecznej ścinano tylko wierzchołek sosny, świerka lub jodły wieszano nad stołem u powały, dekorowano łańcuchem, symbolizującym więzi rodzinne, miłość Boga opasującą świat. Wieszano orzechy owinięte złotkiem, które miały przynieść dobrobyt i siłę. Zawieszenie jabłek wróżyło rodzinie zdrowie i urodę. Z opłatków klejono piękne światy i koniecznie kołyskę, symbol Dzieciątka. Wieszano drobne ciastka, pierniczki, ozdoby ze słomy i papieru, ptaszki, gwiazdki, aniołki, wycinanki. Później, prawdopodobnie wraz z żołnierzami i podróżującymi urzędnikami przywędrowała z Alzacji choinka, duża i stojąca, którą w Małopolsce nazywano drzewkiem. Księża początkowo bardzo walczyli z choinką, ale niestety nie dali rady. Wobec tego adoptowali ją jako symbol biblijnego drzewa mądrości, z którego Ewa zerwała owoc. Łańcuch stał się symbolem węża, bańki symbolizowały rajskie owoce. Na czubku musiała być gwiazda, a pod nią aniołek. Drzewko błyszczało staniolem, włosami anielskimi, bańkami, zabawkami i światłem świeczek. Później na drzewku wieszano ogromne ilości słodyczy jako symbol dostatku, dobrego życia i bogactwa. Oczywiście większość ozdób wykonywano własnoręcznie, jako element radosnego oczekiwania na Święta.


Dom wysprzątany, dekoracje zrobione czas na potrawy. W Wigilię obowiązywał do zmroku post ilościowy i jakościowy. Na wieczerzę szykowano potrawy, do których produkty musiały pochodzić z pola, z sadu, z lasu i z wody – to był kanon. Produkty z tych czterech miejsc musiały być na stole wigilijnym, ale pod jaką postacią to już sprawa indywidualna rodzin, ich zamożności, stosunku do tradycji. Rodziny ortodoksyjne zachowały w niewiele zmienionej formie cały rytuał wigilijny, te bardziej nowoczesne odeszły daleko od tradycji przodków, ale dla wszystkich wigilia pozostała wyjątkowa. Liczba dań kiedyś obowiązkowo była nieparzysta, u najuboższych było ich pięć, w bogatych domach jedenaście i więcej, ale np. wszystkie potrawy z ryb niektórzy liczyli jako jeden rodzaj potrawy. Gotowano to, co w ciągu całego roku pojawiało się na stole. Królem wieczerzy był żur na suszonych grzybach z uszkami, z ziemniakami, później z Ukrainy przywędrował czerwony barszcz z uszkami, który współcześnie stał się w wielu domach pierwszym, obowiązkowym daniem. Gotowano różnorodne, bezmięsne zupy, np. barszcz czerwony z fasolą. Pierogi z kapustą, z owocami. Łazanki z kapustą, z makiem i miodem, kapustę z grochem, z grzybami, z suszonymi śliwkami, kasze z grzybami, ze śliwkami, pęcak z grochem, ryby słodkowodne na różne sposoby, śledzie, gołąbki, makowce, miodowniki, pierniki. Każda rodzina wytworzyła swój zestaw potraw, który przekazywano następnym pokoleniom. Obowiązkowo u wszystkich musiała być słodka kukiełka zwana gdzieniegdzie chałką, najlepiej z rodzynkami i kompot z suszu, który doskonale łagodził dolegliwości żołądkowe, ponieważ nie było mowy aby pominąć którąkolwiek z potraw. Na święta szykowano sporo mięsa i wyrobów wędliniarskich. Na wsiach, z tej okazji, prawie wszyscy gospodarze bili wieprzki i robili wędliny. Potraw wydaje się być dużo, ale należy pamiętać, że nasi przodkowie bardzo często i dużo pościli. Okresów z taką ilością jedzenia było niewiele. Większość społeczeństwa jadła raczej skromnie i nie zawsze do syta.


Kiedy dom został napełniony zapachami, a misy jedzeniem, przyszedł czas na szczęśliwy finał przygotowań. Tak więc wnoszono snopy niewymłóconego zboża z ostatnich żniw. Na stół, który stawał się w tym momencie domowym ołtarzem, sypano najpierw zboże, na nie ścielano słomę i siano, nakrywano bielusieńki obrus, symbol niewinności i czystości. Następnie ustawiano potrawy i opłatki. Bardzo pilnowano zwyczaju, aby do wieczerzy usiadła parzysta liczba osób. Ponieważ uważano, że to co parzyste jest dopełnione, skończone. Oznaczała i to, że każdy ma parę, że nie przybędzie, ale najważniejsze, że da Bóg, nie ubędzie. Natomiast liczba nieparzysta zarezerwowana była dla potraw. Wigilię rozpoczynała modlitwa, czytanie fragmentu ewangelii według Św. Łukasza, łamanie opłatkiem i życzenia , jako symbol przebaczenia, wspólnoty i miłości. Jedzono powoli i bardzo uroczyście, nikomu nie wolno było odejść od stołu, za wyjątkiem gospodyni. Po wieczerzy był czas kolęd, śpiewanych radośnie i z majestatem. Gospodarze pamiętali o swojej trzodzie, której dawano resztki potraw wraz z kolorowym opłatkiem. Potem wyruszano na pasterkę całymi rodzinami. Ta nocna msza rozpoczynała właściwe świętowanie Bożego Narodzenia. Pierwszy dzień był przeznaczony dla domowników, nigdzie się nie szło i nikogo nie przyjmowano. Kto nie był na pasterce szedł do kościoła. W domu nie wolno było nic, absolutnie nic robić. Jedzono to co pozostało z dnia poprzedniego, degustowano pieczyste i wędliny oraz kolędowano. Odwiedziny i spotkania następowały dopiero w dzień św. Szczepana. Tak w ogromnym skrócie było dawniej, a co dzisiaj…?


Tu każdy powinien chwilę podumać, czy ważniejszy jest duch tych świąt, czy dobra materialne, które gromadzimy z tej okazji. Mąż, czasami złośliwie mówi mi „ty Babo”, a ja bardzo lubię ten zwrot ponieważ baba była kiedyś w naszej kulturze instytucją, menadżerką rodziny. Pamiętam, że ani babcia, ani mama nie szykowały na święta nic więcej oprócz tego co było konieczne. Nie było szaleństwa zakupów, gotowania i pieczenia ponad to, co rodzina mogła zjeść razem z gośćmi w ciągu tych trzech dni, a mimo to było cudownie i w każdym prawie roku tak samo fajnie. Też postanowiłam być taką rozsądną babą. Zrobię to co konieczne i niezbędne, a więcej czasu poświęcę na bycie razem.

Baba