…kto się rodzi?

Przed nami wyjątkowy czas: czas narodzin. Rodzi się Nowy Rok, rodzi się nowa nadzieja, że będzie lepiej, rodzi się wiara w nas: że pięknie ubrani – jesteśmy piękni; że dobrze życząc – jesteśmy dobrzy; że dając prezenty – jesteśmy hojni. Rodzi się przekonanie, że to takie proste – te parę chwil uprzejmości, a nawet wzruszenia, odmienią nas i otaczający świat. I jeszcze niedaleko otworzyli nową galerię – nie braknie podarunków i miejsca na spędzenie czasu z bliskimi wśród obłędnie błyszczących choinek, świątecznych promocji i nastrojowej muzyki (przez niektórych nazywanej kolędami), płynącej z głośników.

Jednak patrząc na to wszystko, mam wrażenie, że nam się coś gubi. Że narodziny – z całym bogactwem nadziei i miłości, która się wtedy wyzwala – zamieniamy na bliżej nieokreślone przejście w Nowy Rok. Że tracimy niezwykłą tajemnicę tego czasu (przez niektórych nazywanego Bożym Narodzeniem), który chce postacią św. Mikołaja przypomnieć o trosce o najuboższych, wigilijną wieczerzą odświeżyć rodzinne ciepło, miłość i zaufanie, a nade wszystko – ukazując Boga przychodzącego do ludzi – wlać w nas wiarę, że można odradzać się na nowo, mimo przeróżnych słabości i upadków. Dziś rozwiązania są prostsze: „Mikołaje” tłumnie przepychają się, by dostać prezenty od znanego operatora sieci komórkowej, podczas gdy inny rozrzuca z nieba tablety, a jeszcze inny – jak daje, to trzy na raz. No, żyć nie umierać!!! A gdzie tu jest haczyk? Otóż, haczyk jest taki, że to nie takie proste. Życie nie polega na zostawianiu za sobą starych modeli – doświadczeń, rzeczy, a nawet ludzi – i ruszaniu w jasną przyszłość z nowymi taryfami, tabletami czy partnerami pod pachą. Zachwalanie osiągnięć techniki, chirurgii plastycznej czy genetyki nie rozwiązuje problemu życia, które nadzieją sięga w wieczność, jest poprzeplatane z losami innych i wymaga wzięcia odpowiedzialności za to, co się stało, dzieje i będzie się dziać. To jest trochę tak, jak w tej historii o chłopcu, który przyniósł do domu torbę pełną jabłek. – Skąd je masz? – pyta mama. – Od sąsiada – odpowiada chłopiec. – A sąsiad wie, że je masz? – podejrzliwie pyta dalej mama. – No jasne! – oburzył się chłopiec – przecież gonił mnie jak wariat po całym ogrodzie! Chodzi o to, że sama świadomość, że coś było, a teraz może być inaczej, albo z kimś innym, to za mało.

Od wielu lat pracowałem w ośrodkach socjoterapii, teraz współpracuję z domem dziecka i z grupą anonimowych alkoholików – wiem, że ci ludzie chcieliby, żeby przeszłości nie było. Przeszłości takiej, jaka się im przydarzyła. Ale ona jest. I żaden najlepszy chirurg plastyczny nie wytnie z pamięci strachu, wstydu, upokorzenia. Nowa moda na gender zapewnia, że można siebie zdefiniować od podstaw, że w połączeniu z chirurgią plastyczną i in vitro, można się nieustannie „odradzać”. W nowych rolach, w nowych układach, w nieokreślonej kulturze, państwie, religii. W nieokreślonym życiu, z którego da się zawsze wycofać, niechciane (przez niektórych nazywane dzieckiem) – usunąć, albo stworzyć, gdy przyjdzie ochota. To stwarza ułudę wszechmocy i rzeczywiście może zadziwiać. W USA prawie 67 letnia kobieta, Maria del Carmen Bousada de Lara, urodziła dzieci. Bliźniaki. Poczęte in vitro. Triumfowała, wychwalając tę metodę, dającą taką wolność i możliwości. Była rzeczniczką późnego macierzyństwa. Ale tylko dwa lata – po dwóch latach zmarła. Nawet gdyby mogła żyć dalej, to co przeżywałyby jej dzieci: gdzie czas na dzieciństwo tak pełne energii i wymagające zaangażowania? A dorastanie, dojrzewanie, gdy mama jest po osiemdziesiątce?

Mam wrażenie, że dotykamy dna absurdu. Bo to, że to absurd – jestem pewien. Absurdem jest udawanie, że nie wiem, kim jestem: jako człowiek, mężczyzna, Polak, katolik, ksiądz. Absurdem jest nie nazywanie tego po imieniu, bo kogoś to może dotknąć. Absurdem jest twierdzić, że tylko niektórzy upierają się, że w rodzinie mama z tatą powinni się kochać i stworzyć poczucie bezpieczeństwa i miłości dla swoich dzieci. Absurdem jest uczyć je – zamiast mama i tata – rodzic 1 i rodzic 2. Absurdem jest szczycić się osiągnięciami genetyki i medycyny prenatalnej i twierdzić, że nowo poczęte życie ludzkie nie jest życiem ludzkim, nie jest człowiekiem, dzieckiem – bo za małe.

Stworzenie rzeczywistości nieokreślonej i wymazanie wszelkich granic – dobrego smaku, szacunku, tożsamości – nie stworzy ludzi szczęśliwych i beztroskich. Bo życie biegnie z przeszłości w przyszłość i nie da się go pokawałkować. Dlatego wierzę w Boga, bo w Nim mogę odradzać się z grzechów i nieszczęść, które mi się przytrafiają. Bo tylko z Bogiem mogę nie udawać, że przeszłości nie było, ale na niej – jak na fundamencie – budować drogę do szczęścia. Bo tylko z Nim i w Jego świetle możemy z dziećmi z domu dziecka i z anonimowymi alkoholikami mieć nadzieję na prawdziwe odradzanie: na stworzenie domu, rodziny, szczęścia, miłości – pomimo przeciwności.
Dlatego – niepoprawnie – będę z uporem i nadzieją głosił: BÓG SIĘ RODZI!

x Andrzej Gieroń CM