Czas świąt, czas zawsze żywy w pamięci

Odkąd sięgam pamięcią, święta Bożego Narodzenia w okresie dzieciństwa były dla mnie zawsze niepowtarzalne. Nawet wtedy, gdy byłem już nieco starszy, na te święta czekałem jak na żadne inne. Zapewne sprawiała to aura towarzysząca dniom poprzedzającym Boże Narodzenie – coraz dłuższe wieczory, bielejące ulice i dachy domów, połyskujące w świetle latarni, poranne roraty i ludzie idący ze świecącymi lampionami do domów. Tajemnicza noc i poczucie zbliżania się czasu nadzwyczajnego pod względem religijnym i rodzinnym.

Tę atmosferę jako dziecko odczuwałem z takim dziecięcym niepokojem, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wiadomo było, że przygotowujemy się w domu do świąt najwspanialszych. Kilka tygodni przed Wigilią już nie mogłem doczekać się spotkań z rodziną bliższą i dalszą, także tą, która mieszkała gdzieś w Polsce i na co dzień nie mogła do nas przyjechać. Nastrój podniecenia potęgowała dziecięca ciekawość, rozbudzona upominkami od Świętego Mikołaja. Pytanie o to, co znajdę pod choinką, nie dawało spokoju.

Dzisiejsze młode pokolenie nie zna na szczęście tamtych czasów, gdy niemal każdy towar w sklepie był prawdziwą zdobyczą, a tym bardziej dobre ubrania czy sprzęt RTV. Tym bardziej czekało się, co w danym roku będzie czekało pod choinką, a leżące pod choinką w Wigilię pakunki były niemniej pożądane niż potrawy na stole podczas wieczerzy.

Jednym z elementów przygotowań przedświątecznych było zdobywanie, właściwie tak to trzeba nazwać, różnych smakołyków na święta. Pojęcie „smakołyk” może zabrzmieć dzisiaj dziwnie, ale pamiętam, jak na święta mój Tata, sobie znanymi sposobami, zdobywał szynkę, wiejską kiełbasę z gospodarskiego uboju czy ryby. To, że był skuteczny, przekonywaliśmy się później przygotowując potrawy na wigilijny stół i świąteczne, albo czując po pierwszym dniu takie błogie nasycenie pysznościami. Ale na nagrody trzeba było zasłużyć. Był więc i element pokutny w dzieciństwie. Ponieważ nie było już wtedy na ogół zajęć w szkołach, jak każde dziecko liczyłem na chwile lenistwa – czas na oglądanie TV, czytanie książek, pójście na sanki albo łyżwy. Tymczasem Rodzice nie pozwalali na taki luz. Dwa dni przed Wigilią zaczynały się prace w kuchni. Najbardziej nie lubiłem, a dokładniej – nie cierpiałem – ucierania maku na makowiec, masy serowej na sernik i tej wiecznie zapychającej się maszynki do mielenia. A masy cały czas było za mało i za mało. Koszmar! Drugą „katorgą” dla mnie jako dziecka było sprzątanie mebli z poustawianymi na półkach kryształami i ozdobami. Lżej znosiłem to dzięki towarzystwu w tym nieszczęściu mojego brata Bogdana, z którym później nad miskami dociekaliśmy, co dostaniemy pod choinkę.

Z świąt utkwiła mi też pewna tradycja, którą przeniosłem potem w moje dorosłe życie. Ponieważ w domu kuchnia była królestwem mojej Mamy, Tato nie ingerował w tę sferę władzy domowej nigdy w ciągu roku. Ale były dwa wyjątki – właśnie święta – Boże Narodzenie i Wielkanoc. Wtedy poranne śniadania świąteczne, tak w pierwszy jak i w drugi dzień świąt, przygotowywał od początku do końca mój Tata. I wówczas okazywało się, że jego talent kulinarny był niesamowity. Pozostający długo w pamięci smak świątecznych posiłków z naddatkiem rekompensował strugi potu, jakie z bratem przelewaliśmy w kuchni.

Te chwile z dzieciństwa – dom, ciepło, pasterka w noc wigilijną, spotkania z rodziną i znajomymi, to wartość, którą każdy z nas nosi w sobie do końca życia. Tamte chwile z dzieciństwa wzbogacają nas wszystkich do dzisiaj. Moim pragnieniem było i jest, by tak przeżywały te święta moje dzieci – Sylwia i Marcin. Chciałbym, by ten charakter serdecznych i pełnych polskości świąt Bożego Narodzenia pielęgnowały w swoim dorosłym życiu. To przecież jeden z filarów naszej tożsamości, naszej polskości.

Czesław Bartl, burmistrz gminy Krzeszowice