Magiczne Święta

W latach pięćdziesiątych XX wieku byłem małym chłopcem, mieszkającym z rodzicami oraz czterema siostrami w drewnianym domku na przedmieściach Jasła. Żyliśmy bardzo skromnie.

Lampa naftowa, zabierana zresztą co chwila przez wychodzących do innych pomieszczeń rodziców, oświetlała słabo kuchnię i pokój, w których koncentrowało się nasze życie. W opalanych jedynie przez kuchenny piec pomieszczeniach było chłodno, a często również brakowało jedzenia. Czekaliśmy z utęsknieniem na święta, bo zawsze wówczas było nam lepiej. Pojawiały się na stole potrawy, których nie widzieliśmy przez całe tygodnie – mięso, szynka, kiełbasa, cytryna, ciasto. Nie wiem, w jaki sposób rodzice to wszystko zdobywali, bo w sklepach praktycznie nie było nic… Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia trwały od przynajmniej sześciu do ośmiu tygodni.

 


Z kolorowych papierów i słomy robiliśmy długi łańcuch na drzewko, wymyślaliśmy różne stroiki, a białe serwetki nacinaliśmy we wstążki. Ozdobione staniolem, służyły jako stroiki do cukierków. Cukierki były zwykle darem od Świętego Mikołaja. Drzewko, przynoszone wprost z lasu, było zupełnie inaczej przystrajane niż obecnie. Wisiały na nim rumiane jabłka, malowane na kolor srebrzysty lub złocisty orzechy włoskie, cukierki zawinięte w ciętą bibułę, zrobiony wcześniej łańcuch i inne ozdoby z papieru. Było też zwykle kilka kolorowych bombek i ozdób ze szkła, wykonanych przez robotników (ojciec pracował w hucie szkła). Na choince paliło się kilka świec, ale, z powodu niebezpieczeństwa spowodowania pożaru, tylko w obecności któregoś z rodziców. Wigilia też była inna niż obecnie. Zasiadaliśmy do niej, gdy rozbłysła pierwsza gwiazda na niebie. Biały obrus na stole okrywało siano, a w nim umieszczano szopkę i opłatek. Przed rozpoczęciem wigilii odmawialiśmy krótką modlitwę, a potem łamaliśmy się opłatkiem, składając sobie życzenia świąteczne. Nigdy nie zapomnę łez, wylewanych przy tej okazji przez mamę. Patrzyliśmy też uważnie na ściany, obserwując, czy widać tam nasz cień, bo to gwarantowało doczekanie kolejnych świąt. Kolacja wigilijna składała się zwykle z czterech lub pięciu dań. Na początku mama podawała barszcz biały z grzybami i ziemniakami, potem były pierogi z kapustą i grzybami, zupa grzybowa z łazankami, groch z kapustą oraz sam groch. W czasie jego spożywania ciągnęliśmy się za uszy, krzycząc – „wilku, chodź do grochu lub czekaj do następnego roku”.


Na zakończenie kolacji podawano ciasto i kompot z suszonych owoców. Ryby były niedostępne, przynajmniej w naszym domu. Czasami, zamiast zupy grzybowej, pojawiała się kasza z suszonymi gruszkami. Po wigilii śpiewaliśmy kolędy. Na pasterkę wychodziliśmy około godziny 23, bo do kościoła mieliśmy prawie 2,5 kilometra. Ci, którzy zostali w domu, o północy szli posłuchać, o czym rozmawiają zwierzęta…Święta spędzaliśmy we własnym gronie, czasami tylko przychodził ktoś z sąsiadów lub krewnych. A już od pierwszego dnia świąt chodziłem wieczorami z gwiazdą po kolędzie.

dr Stanisław Maczuga, lekarz, chirurg, od ponad 40 lat leczy mieszkańców gminy Krzeszowice, poeta