Opowieść wigilijna – Ballada o Krzyżowcu

Było to w czasie wypraw krzyżowych. Pewien mało znany rycerz postanowił zdobyć sławę, walcząc o wolność Ziemi Świętej. Przygotował więc zbroję, miecz i konia, by wyruszyć na wojaczkę.

Kiedy w pełnym rynsztunku miał dosiąść swojego rumaka, okazało się, że to przekracza jego umiejętności. Próbował i z lewej, i z prawej strony, i nic z tego nie wychodziło: albo zbroja była za ciężka, albo koń za duży. Wreszcie, umęczony i spocony, mruknął: „Panie Jezu, jadę w końcu też w Twoim interesie, mógłbyś mi trochę pomóc”. I w tym momencie tak się zamachnął, że przeleciał przez grzbiet konia i z hukiem spadł z drugiej strony. Wściekły już do granic, warknął: „Nie wytrzymam! Panie Jezu bez przesady! Mówiłem: TROCHĘ pomóc!”.

 

Ten rycerz przypomniał mi się, kiedy obserwowałem przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Niezbyt duży mróz, śniegu akurat tyle, żeby było biało, no i te cudowne promocje: miało się wrażenie, że wszystko będzie za 0 zł. Mikołaje też nie próżnowali i jak z reklam wynikało, nikt bez paczki nie został. Wszystko niby tak jak trzeba, dopasowane i dokrojone na naszą miarę, na miarę naszych czasów. A jednak coś mi tu nie pasuje. Sam Pan Jezus mi do tego obrazka nie pasuje. Bo Jego nie da się „przyciąć” na naszą miarę. On nie może tylko TROCHĘ się narodzić. On przychodzi „na całego”. Mimo ubóstwa, trudności i skomplikowanego świata przynosi prawdę o Nieskończonym Bogu, o cudownej miłości i o wielkości człowieka. Przynosi prawdę o nas i o czasach, w których żyjemy. I do tej prawdy trudno dopasować to, co dzieje się wokół. Parę czy paręnaście manifestacji krzyczy o braku wolności i tolerancji, chociaż już ich liczba jest dowodem wolności. Jak pogodzić wołanie o godność człowieka w dzisiejszych czasach ze stekiem obelg i oszczerstw rzucanych bezpodstawnie i bezkarnie wokoło? Jak godność człowieka pogodzić z prawem do decydowania o życiu lub śmierci innych? Jak pogodzić deklaracje wiary w Boga miłości ze „świętą nienawiścią” wobec ludzi innych niż ja? Albo jak wyobrazić sobie raj, który będzie wieczną satysfakcją z potępienia przeciwników?

Wierzę w jedną Prawdę i uważam, że nie wszystkie filozofie życiowe są tak samo wartościowe i nie wszystkie zachowania usprawiedliwione. Zdaję sobie sprawę, że są przeróżne mniejszości, których istnienie uznaję, mimo że ich przekonania są mi obce. Nie mam zamiaru wstydzić się, tego że jestem mężczyzną tylko dlatego, że ktoś się nie identyfikuje ze swoją płcią. Nie będę też udawał, że płeć nie istnieje, bo przecież mam w domu lustro, a bycie kobietą czy mężczyzną to nie kwestia przekonań. To tak jakby rezygnować z kolorów tego świata, aby nie urazić daltonistów. Piszę o tym z całym szacunkiem dla tych, z którymi się różnimy. Uważam jednak, że konieczny jest tu szacunek i błędem jest budowa prawdy na fałszu czy miłości na nienawiści. Wtedy do niczego nie dojdziemy, co najwyżej możemy poobrzucać się wyzwiskami. To jest trochę tak, jak kiedyś chłopak umówił się z dziewczyną na randkę. Kiedy ona się spóźniała, dzwoni do niej i pyta: „Gdzie jesteś?” A ona: „W samochodzie, utknęłam w korku”. On na to: „A długi ten korek?” „Nie wiem” – mówi ona – „bo jestem pierwsza”. Tak to jest, kiedy nie uznajemy żadnej Prawdy większej od nas. Budujemy na sobie i po jakimś czasie okazuje się, że nie ma innego ruchu niż walka.

Tak sobie myślę, że Bóg przyszedł na Ziemię na odludziu, żeby ludzie zrozumieli, że to oni powinni z całą pokorą i nadzieją przyjść do Niego. Żeby przekonać nas, że ten stworzony przez nas świat nie zaspokaja naszych najgłębszych potrzeb. Że świecidełka – choćby najpiękniejsze – nie mogą rozświetlić serca człowieka, a prezenty przyniesione przez Mikołajów są zamówione przez naszych bliskich. Bo Bóg chce wezwać nas do prawdziwego życia, w którym weźmiemy odpowiedzialność za to, kim jesteśmy i co zrobimy z darowanym nam czasem. Klęską jest to, że nieraz dorośli ludzie ciągle czekają na „mikołaja”. Na to, że można nic nie robić, a życie odmieni się samo. Że wystarczy wyjechać z „tego kraju”, zmienić „ten rząd” czy „tych sąsiadów” i już będzie lepiej. I po latach, kiedy dom nie wygląda jak z katalogu, żona jak dziewczyna z rozkładówki kolorowych czasopism, mąż jak książę z bajki, a dzieci gdzieś pouciekały, pytają: „Gdzie popełniliśmy błąd?”. I wtedy przed oczami staje mi ten Krzyżowiec, co chciał „tylko TROCHĘ” pomocy Pana Jezusa. A Bóg przychodzi „na całego”. I nie chodzi tu o to, by wykłócać się o intronizację, ale by tych, którzy przyjdą, obdarzyć nowym narodzeniem. Bożym Narodzeniem.

x Andrzej Gieroń CM

Foto logo i migawka: dakul.jezuici.pl