Słoje sześćdziesięciu pięciu lat!

Tekst ten poświęcam pamięci Basi Kołodziejczyk i Wojtka Woszczka. Uczniom mej pierwszej klasy wychowawczej w krzeszowickim Technikum Przemysłu Drzewnego. Także tym, którzy w mej nauczycielskiej pamięci trwają, dzięki którym poznałem smak, trud i przestrzenie nauczycielskiej wolności.

Dedykuję osobom, z którymi do dzisiaj się przyjaźnię. Zacząłem pracę na Zagrodach w 1971 roku. Od roku 1974, gdy połączono TPD z Technikum Budowlanym – uczyłem w obu szkołach oraz klasach szkoły zasadniczej. Już w budynku przy ulicy Krakowskiej 15. W 1988 roku podjąłem pracę w Krakowie. Tam – w innej szkole – przeszedłem na emeryturę.

 

Kogo i co trzeba wywołać z zanikających obszarów pamięci?

Dlaczego chce się wracać do przeszłości, skoro teraźniejszość – swą siłą – często zagarnia oraz przytłacza tamte wartości?

Jak wspominać, gdy na zaproszeniu umieszczono budynek dawnego Liceum Pedagogicznego, później Zespołu Szkół Budowlanych, a dzisiaj Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych, a brakło fotografii miejsca na Zagrodach, czyli budynku szkolnego i całego kompleksu – oznaczonego ulicą Kościuszki 26/28. Budynku, gdzie w 1947 roku zaczęła się historia, której fragmentem są moi uczniowie i ja – nauczyciel języka polskiego.

Jak wspominać, gdy tej szkoły od lat już nie ma. Administracyjną decyzją została zamknięta w roku 2003. Popularny w Krzeszowicach Drewniak tkwi wciąż w pamięci uczniów, nauczycieli, pracowników obsługi, środowiska.

Jak wspominać, gdy żal ściska pamięć tamtych dni? A jednocześnie rozlewa się radość, że ta szkoła pozwoliła wielu młodym ludziom na start w wielkie, zawodowe życie. Przyjeżdżali i przychodzili z odległych krain naszego państwa, z różnych środowisk, skuszeni legendą szkoły, a po latach – także rodzinną tradycją.

Tak się zastanawiam – co myśleli, czuli ci, którzy poszli na Zagrody w sobotni dzień 15 września 2012 roku… Tam wszędzie było blisko. Budynek z pracowniami lekcyjnymi, gabinet dyrektora, warsztaty, boisko i sala sportowa, plac i schody przed wejściem do głównego budynku, rzeka, piękna przyroda – także do romantycznych spotkań. Przecież to był – w polskim i krzeszowickim wydaniu – odpowiednik popularnych dzisiaj kampusów.

Anna Górecka – 60 lat temu przyszła do pracy w sekretariacie szkoły. Na emeryturę odeszła w 1988 roku. Jedna ze szkolnych legend. Byłam bardzo młoda, gdy zjawiłam się w Krzeszowicach. Przegląda Księgę Jubileuszową w twardej, brązowej oprawie; w niej odnotowano jubileusz 55-lecia TPD oraz 35-lecia TB. Ile osób z tej książki już nie ma? Nie wiem czy wielu, z tej pierwszej młodzieży było w sobotę… Chwila ciszy, skupienia, zastanowienia, poruszenie wargami: Baśka. No tak! Jakaż miłość, ale się rozeszła…, Marian, Krystyna, Zosia, Janek… tacy młodzi, tak chcieli jak najwięcej umieć… Kto się teraz interesuje tym, co już przeszło? Widzę ich wszystkich, pamiętam, ale nazwiska już ulatują, uciekają… To całe moje życie, które w  mojej szkole przepracowałam… Nauczyciele? Mówiliśmy o nim Millerko, pochowany na krzeszowickim cmentarzu, mówił z lekkim zaśpiewem. Helena Andrejkowa – polonistka, pochodziła z Lwowa. Ty ją zastąpiłeś, prawda? – Patrzy w okno ze swego blokowego mieszkania na drugim piętrze: – tak, tam ponoć już nie ma widoku, bo w dawnym dyrektorskim gabinecie, klasach, mieszkaniu były piękne widoki. Mówią, że nowy właściciel terenu – po tartaku, coś zabudował… Nie byłam tam już dawno, odradzano mi odwiedziny… Tyle obozów wędrownych, wycieczek… To było miłe, bardzo kształcące… Mam zdjęcia, ale nie chcę ich wyrzucać… Popatrz, na tej fotografii dyrektor Górecki wygłasza swe ostatnie przemówienie – do młodzieży, w 1972 roku. Był moim mężem. Ciekawe miał to nauczycielskie życie… Byliśmy z daleka od Krzeszowic. – Czuliście się jak wyspa zapewne, niemalże autonomiczne terytorium? – Tak, specyficzna atmosfera, bardzo dobre warunki do pracy i nauki. Jak rodzina…

Pamiętam moment przyjścia do szkoły, nauczycieli, rodziców i dyrektora Stanisława Góreckiego, który przyjmował mnie do pracy. Każda szkoła ma swoje osobowości owiane mitem, także pełnym uśmiechu.

 

Stanisław Czajowski – mawiał o sobie i swych metodach, że jest  nowatorski w nauczaniu matematyki. W jego sali były jakieś zasłonki wzdłuż tablicy na podwyższeniu, w poprzek. Wszystko po to, uczniowie szybciej się uczyli, a przy okazji nie ściągali od siebie – rozwiązań zadań.

Helena Andrejkowa – skupiona, wyciszona, idąca drobnym krokiem. Po latach poznałem historię jej życia, nie tylko polonistycznego. Niebywały materiał na serial w dobrej telewizji.

Emil Lorek, absolwent szkoły. Codziennie dojeżdżał pociągiem aż z Bytomia. Uczył specyficznie i skutecznie. Wysoki, uśmiechnięty, z nieodłączną teczką w ręku, niezwykłą energią oraz optymizmem.

Tadeusz Muller.  Z lekko kresowym akcentem, zasadniczy, dobrotliwy. Po prostu życzliwy, dokładny. Dobry człowiek. Uczył w warsztatach, był kierownikiem internatu, mieszkał w parterowym budynku, po prawej stronie wejściowej bramy.

Stefan Górecki. Specjalista od rysunku technicznego. Wykonywał rysunki do podręczników dyr. Góreckiego. Miał w sobie coś z aktora dobrego kabaretu. Umiał powstrzymać naczelnego – zawołanego szachistę – przy planszy, gdy rozlegał się dzwonek na lekcję. I tak trzeba było to później odrobić.

Kinga Wołkowicka – wuefistka. Dojeżdżała z Krakowa. Władała francuskim, angielskim, rumuńskim. Do szkoły wracała pod koniec września, gdyż całe wakacje żeglowała po morzach, a może i oceanie. Paliła wykwintne papierosy. Lubiana i odważna.

Edmund Wrześniak – kierownik warsztatów. Następca Góreckiego, a od 1974 – dyrektor Zespołu Szkół Budowlanych. Dzięki jego pasji do wprowadzania nowoczesnych technik nauczania miałem świetnie – jak na owe czasy – wyposażoną pracownię polonistyczną (sala nr 39 przy Krakowskiej). Włącznie z kamerą i pierwszym magnetowidem, adapterem stereo, elektrycznymi zasłonami w oknach, projektorem filmowym, rzutnikiem do slajdów, epidiaskopem. Także magnetofonami. Szkoda, że nie było wtedy Internetu, cyfrowych zapisów…

Krystyna Michalska – fizyczka. Wyrozumiała, ze specyficznym poczuciem humoru, tyle w niej było życzliwości.

Pani Stasia Chosiawa – zawsze przed południem, służbowym rowerem, jeździła na pocztę. Odbierała ze skrytki prasę i korespondencję. Woźna – jakże ważna postać. Widuję ją na blokowej ławce przy Targowej. I panie Anny – sprzątaczki – Mirek, Pyko, pani Kazia – lubiące swą niełatwą pracę.

Widzę i czuję tę szkołę z dala od biurokratycznych sprawozdań, akademijnych nastrojów, oficjalnych przemówień. Jądrem przyjaznej szkoły jest jej mądra codzienność.

Tam, na Zagrodach, są źródła moich nauczycielskich działań. Odwołam się pamięcią do kilku spośród bardzo wielu dokonań. Szczególnie mi bliskich. Po połączeniu szkół w Zespół Szkół Budowlanych – kontynuowałem swą, często kontrowersyjną – pracę. Bez wielkich nagród, odznaczeń, dyplomów. Do dzisiaj cenię swych uczniów. Niewiele bym osiągnął, gdyby nie ich postawa, otwartość, ciekawość oraz reakcje na me propozycje.

 

 

 

 

To był rok 1973. Oczywiście ówczesne szkolne studniówki odbywały się w salach gimnastycznych czy świetlicach. Bez orkiestry, obficie zaopatrzonego bufetu, nie zawsze w nastrojowych mrokach sali. Ta studniówka miała trwać do 22.00 czy 23.00. Kinga Wołkowicka, nowy matematyk Czesław Skóra i ja – byliśmy opiekunami tejże imprezy. I stało się! Zabawa trwała, ostatnie pociągi odjechały i podjęliśmy decyzję o balowaniu do rana. Aż wedle rozkładu przyjadą pierwsze pociągi. W poniedziałek – trójka opiekunów zjawiła się na dywaniku u Edmunda Wrześniaka. Skruszeni staliśmy przed dyrektorskim majestatem. Wysłuchaliśmy reprymendy, ale sankcji – nie było. Duch czasu i nowoczesności zadziałał. Następne studniówki trwały do rana. Zakazany owoc stał się normą czczenia stu dni przed maturą.

Wyjazdy klas maturalnych do Warszawy. Teraz, po przejrzeniu dokumentów, rozumiem dlaczego dyr. Górecki tak ukochał Warszawę i stworzył tradycję wyjazdów klas kończących szkołę do stolicy. To był łyk oraz oddech ówczesnego wielkiego świata.

Powstał teatr szkolny, a w nim kabaret A to ci sęk. Te działania świetnie nas zbliżyły, sprzyjały poznaniu. To się najbardziej pamięta. Ależ ci młodzi mieli pomysły! Energię, chęci, czas. Wszystkie typy szkół uczestniczyły w teatralnych projektach.

Turystyka. Praktycznie z młodzieżą zjechaliśmy i przeszliśmy całą Polskę. Wycieczki, biwaki, rajdy, obozy wędrowne. Częste me późniejsze spotkania na trasach turystycznych z tymi, którzy w szkole ze mną wędrowali miały i taki przebieg: – panie profesorze, to moja żona… Później – to moje dzieci, a ostatnio – profesorze, to moje wnuki… Poznajesz tego pana z fotografii, którą ci dziadek i babcia pokazywali?

Tradycją turystyczną była wspaniała pomoc mych koleżanek, kolegów z pracy i absolwentów. Taka specyficzna sztafeta pokoleń.

Pani Anna – małżonka dyrektora Stanisława Góreckiego – udostępniła mi teczkę z zachowanymi dokumentami, wśród których bryluje oryginał świadectwa potwierdzającego ukończenie kursu i zdanie egzaminu mistrzowskiego. Tenże tytuł uzyskał w Stowarzyszeniu Stolarzy w Wiedniu. Oczywiście dyplom drukowany jest w języku niemieckim, szwabachą, z podpisami komisji i datą 27 stycznia 1932.

Dwa zdjęcia. Na jednym portret czwórki młodych ludzi z wiedeńskich nauk. W eleganckich marynarkach, muszkach, chusteczkami w butonierce, odznakami w klapie. Drugi od prawej Górecki, a pierwszym z lewej Czajowski – kolega z wiedeńskich czasów i późniejszy matematyk w TPD. Coś z tych młodzieńczych rysów dotrwało do ich dojrzałego, znanego mi z autopsji, życia oraz zachowania. Wzrok, grymas ust, lekkie pochylenie głowy. Drugie zdjęcie jest portretem przyszłego współtwórcy i dyrektora Technikum. Obie fotografie wykonano w Warszawie, w pracowni fotograficznej mieszczącej się przy Nowym Świecie 37.

 

 

 

Temu młodzieńczemu szykowi, zadbaniu, męskiej elegancji pozostał dyrektor Stanisław wierny do swych dni ostatnich. Uczył będąc na emeryturze. W tejże teczce także oryginał zdania egzaminu państwowego dla nauczycieli szkół zawodowych w zakresie technologii drewna. Z warszawską datą 31 października 1955.

I fascynujący dokument odnaleziony w teczce, swoisty dziennik Stylistyka. Górecki Stanisław z Paczółtowic . Kurs I. Pierwszy zapis w liniowanym, z brązowymi plamami czasu, zeszycie nosi datę 10 października 1923. A w nim notatki, ćwiczenia, podania, wzory pism administracyjnych, w tym zamówienia na drewno, rachunki, rozpisane przychody i dochody. I wzruszający list do rodziców o tym, jak mu jest w tych naukach, z dala od domu…

Ta biografia zdobywania wiedzy zbiegała się z późniejszymi losami, bogatymi życiorysami jego uczniów, którzy z całej Polski przyjeżdżali do Krzeszowic po stolarskie i meblarskie nauki.

Gdy odchodziłem do Krakowa, byłem wychowawcą klasy czwartej TPD. Ówczesny dyrektor łaskawie pozwolił mi na doprowadzenie klasy do matury. W czerwcu następnego roku, gdy moi podopieczni zdali egzamin dojrzałości – zostałem przez nich zaproszony pod Turbacz, niedaleko Orkanówki. Tam odbyło się me – do dzisiaj pamiętne – spotkanie z Technikum Przemysłu Drzewnego.

Tak zamknęło się moje symboliczne drewniane, stolarskie koło. Nie poddaje się ono kornikom niepamięci.

 

Czytaj też w Magazynie Krzeszowickim 1 października

Stanisław Czesław Kurdziel