Boże Narodzenie® Made in China

Przed nami znowu ten niezwykły czas: święta. Przygotowane choinki, bombki i lampki tylko czekają, by zabłysnąć pełnym blaskiem. Ściągnięte z sieci kolędy wprowadzą nas w niezapomniany nastrój, najnowsze przepisy ożywią najbardziej tradycyjne potrawy, a mrugające sople podkreślą gorąc naszych serc i uczuć.

Czy coś może się nie udać? Skądże! W dzisiejszych czasach na wszystko się przecież można przygotować. Że śniegu nie będzie? Można kupić w sprayu i spryskać choinkę. Że nie pachnie, bo plastikowa? Zapach też można kupić. Specjalne dodatki sprawią, że ciasta zapulchnią się i zarumienią nieziemsko, a kolędy… już pisałem: empetrójki poukładane w playlisty czekają – wystarczy nacisnąć guzik. A gdyby coś nie wypaliło, nie zagrało, nie zaświeciło, bo chińskie? Można zaopatrzyć się w drugi zestaw – niedrogi, bo chiński.

 

Ktoś może powie: ksiądz się czepia. Może się i czepiam, ale po wielu latach pracy z młodymi ludźmi zauważam, że choć w świecie światła i ciepła jest coraz więcej, to wciąż nie ubywa tych, co mają w sercu mrok. Tych, co nawet w tłumie znajomych, bliskich czy rodziny doświadczają przejmującego chłodu. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego – mimo zalewu zachęt, poradników, najnowszych przepisów na szczęście – ciągle brakuje ludzi wielkich, szczęśliwych, zachwyconych życiem. I to nie tylko w chwili uniesienia, ale na długie lata. Obawiam się, że chodzi tu o ten plastik – tani, łatwo dostępny, wszechobecny – „made in China”. Jeśli on jest fundamentem przeżyć i wzruszeń, to raczej nie zapewnia im trwałości. Przecież wiemy, że skarb przestaje być skarbem, jeśli jest tani, łatwo dostępny i wszechobecny. Na ulicach spotykamy tłumy „Świętych Mikołajów”, gwiazda Betlejemska świeci w prawie każdym oknie, a szopki ozdabiają wejścia do marketów. Wydaje się, że dziś nie trzeba nigdzie biec, niczego szukać, o coś walczyć – znajdziemy to na półkach, najlepiej  w promocji.

Kiedyś Zygmunt Broniarek, dziennikarz i poliglota, brał udział w międzynarodowej konferencji pokojowej. W pewnym momencie na mównicę wyszedł jakiś Afrykanin i zaczął przemawiać. Niestety mówił w języku swojego plemienia i nikt go nie rozumiał. Organizatorzy, byli w wielkim kłopocie, bo nie mieli tłumacza, który by tę mowę przełożył. I wtedy zgłosił się Zygmunt Broniarek. Stanął obok mówcy i na bieżąco przekładał jego słowa. Mowa była świetna i na koniec zerwała się burza oklasków. Broniarek wraca do dziennikarskiej ławy, a jego kolega – zdumiony i zachwycony – woła: „To niesamowite! Skąd wiedziałeś co on mówi, skąd ty znasz ten język?!” I wtedy pada odpowiedź: „Zwariowałeś?! Nie znam tego języka i nie mam pojęcia, co on gadał, ale wiem, co na takich konferencjach trzeba powiedzieć i to właśnie powiedziałem.”

I to jest chyba nasz problem: my już wiemy, nawet wiemy lepiej – poukładaliśmy sobie ten świat, mamy to przemyślane, wiemy jak ma wyglądać. A jeśli Bóg zechce przyjść na ziemię? To niech próbuje się w to wcisnąć, bo my jesteśmy wierzący, ale mamy swoje zasady. My Mu pokażemy gdzie jest Jego miejsce. Nauczymy politycznej poprawności. Powiemy jak ma się zachowywać, co ponaprawiać, czego nie dotykać. Ale czy ten świat „po naszej myśli” jest naprawdę taki dobry? Jeden ksiądz na kazaniu o Wigilii, choince i prezentach zapytał dzieci, co chciałyby dostać na święta. I kiedy pęczniała lista marzeń i prezentów, mikrofon trafił do rąk małego chłopczyka z domu dziecka. Ten wziął głębszy oddech i powiedział cicho: „A ja chciałbym, żeby mama znowu była z tatą i żebym mógł wrócić do domu.” W kościele zrobiło się cicho jak makiem zasiał. I chyba najbardziej nawet postępowi głosiciele nowoczesności nie mieliby odwagi tłumaczyć mu, że to staroświecki przesąd. Że dziś mógłby przecież mieć dwie mamy, albo dwóch tatów, a w ogóle, to może lepiej, gdyby był dziewczynką. Czy ironia w takiej sytuacji nie jest brakiem wyczucia?  Myślę, że nie, bo kiedy stajemy wobec bólu, to objawia nam się Prawda i warto o nią zawalczyć. Nie ma tu miejsca na tanie filozofie – made in China. Ta Prawda nie pochodzi od nas i jest fundamentem człowieczeństwa. Jakąś częścią tej Prawdy jest obrazek, który mogą zrozumieć wszyscy, który zobaczyli i mędrcy i prości pasterze: zobaczyli Mamę Tatę i Dziecko. I zrozumieli, że Bóg przyszedł na ziemię. W miłości, dobroci i wzajemnej trosce. Mimo trudów i niepowodzeń. Bez dróg na skróty. Odkryli wiarę w Boga, który pomoże przetrwać nawet najtrudniejsze doświadczenia.

I takiego Bożego Narodzenia chciałbym życzyć – Wam i sobie. W rodzinie, wśród najbliższych: żeby na naszym niebie – gdzieś bardzo wysoko zawsze świeciła gwiazda. Żeby nas niepokoiła i żeby wzywała do tego, co dobre i wielkie. Żeby w nasze życie wchodził Bóg i pokazywał jak być człowiekiem. Bo to w końcu Jego pomysł, Jego patent na ten świat, na ciągłe odradzanie, na Boże Narodzenie®. A lampki, bombki czy sople – mogą być made in China – nie zwiodą nas, gdy idziemy za prawdziwym Światłem.

 

ks. Andrzej Gieroń CM

Dodaj komentarz