…w stronę światła…

W popularnej jeszcze niedawno bajce o Shreku, pewien sympatyczny osioł wołał do swojego rannego przyjaciela: „Nie umieraj Shrek! A jak zobaczysz długi, czarny tunel, to nie idź w stronę światła!” I pewnie nie trzeba nikomu tłumaczyć, że każdy by tak chciał, żeby ci, których kochamy, ci którzy nas kochają byli zawsze obok nas.

Żeby byli szczęśliwi, żeby pomagali nam żyć, żeby mogli cieszyć się z nami naszym szczęściem. Ale oni odchodzą – tak jak każdy z nas kiedyś odejdzie…         Dlatego są takie dni, kiedy czcimy wszystkich świętych i wspominamy wszystkich zmarłych. Dni, w których z jednej strony czcimy ludzi wielkich, potężnych jak posągi, ważnych jak drogowskazy na skomplikowanej mapie dziejów świata, a z drugiej strony – zanosimy na cmentarze światło, żeby wskazać tych, którzy  może mniej byli znani w świecie, ale za to na drogach naszego życia byli wielcy i ważni jak drogowskazy. Spróbujmy nad tym się na chwilę zatrzymać i zastanowić.

 

Jak co roku staniemy nad grobami naszych zmarłych. Starsi z nas, w migotliwym blasku świec, dostrzegą pewnie mijający czas, który coraz liczniejszymi zmarszczkami odcisną się na twarzach bliskich, na coraz bardziej zgarbionych plecach, na spracowanych rękach. Być może pojawią się nowe, puste miejsca po tych, co już odeszli… A młodsi? Czy oni też to zobaczą? Czy ich oczy przyzwyczajone do poświaty monitorów LCD, błysków dyskotekowych lamp i kolorowych wideoklipów, będą umiały w tym nikłym świetle świec zobaczyć prawdę o życiu? Życiu, które warto dobrze przeżyć, bo biegnie w nieskończoność? Takie czasy nastały, że chociaż na grobach coraz więcej kwiatów i zniczy, to jednak światła jakby mniej. Kiedyś, gdy jechało się na groby bliskich, cmentarze były jakby wyspami światła wśród ciemności nocy. Niezwykłym symbolem życia dokonanego, które pozostaje w pamięci i każe pamiętać – symbolem tradycji, dziedzictwa i szacunku. Dzisiaj, w łunach latarni, wystaw i reklam ginie tamten blask zwykłego, dobrego życia, przekazywany z pokolenie na pokolenie. Jednak to, że pokonujemy ciemność elektrycznością, wcale nie znaczy, że widzimy więcej, że więcej o świecie wiemy. Wręcz przeciwnie – stworzono nawet pojęcie „zaśmiecania światłem”. I nie dotyczy ono tylko tych, którzy próbują badać gwiazdy. Zdaje się, że to intensywne, czasem agresywne światło współczesności „zaśmieca” także serce człowieka: stwarza ułudę panowania nad światem – człowiekowi wydaje się, że może stworzyć ten świat od początku. Tymczasem ten migotliwy, delikatny blask świecy, może nauczyć nas szacunku wobec natury rzeczy, którą z pokorą i z wysiłkiem się odkrywa, a która trwa przez wieki. I nie zależy ona od dostawy prądu, zasięgu komórki, czy dostępu do sieci. Jest darem Boga, który dając nam czas, przestrzeń i ludzi wokół, wzywa nas, abyśmy znaleźli dobrą drogę do wieczności.

 

Warto się chyba nad tym zastanowić, gdy wyrwani z pędu codziennych spraw, po przedarciu się przez zatłoczone drogi, odłączeni na chwilę od źródeł informacji, staniemy nad grobami bliskich. Warto zobaczyć, że to, co najważniejsze jest bardzo ulotne – miłość, przyjaźń, wierność – wartości niewymierne, które jednak nadają życiu sens, bo sięgają poza śmierć, są silniejsze od śmierci. I dlatego przychodzimy na groby, opatulamy je świecami, kwiatami i modlitwą, jakbyśmy chcieli uchronić przed jesienną szarugą… Jeśli uda nam się to zrozumieć, to myślę, że i my będziemy dla kogoś ważni jak drogowskazy. Że odnajdziemy szczęście i będziemy umieli cieszyć się szczęściem bliskich, przyjaciół, ukochanych. A kiedy przyjdzie czas odejdziemy – jak każdy.
…w stronę Światła.

 

Ks. Andrzej Gieroń CM

Dodaj komentarz